piątek, 26 lutego 2016

Rozdział 45. "Wymierzasz całkiem niezłe ciosy"

KATHERINE

Na Jake'a zawsze można było liczyć. Szczególnie jeśli chodziło o imprezy. Wystarczył jeden telefon, a za godzinę już byliśmy na drodze do całkowitego upicia się w klubie.  
Byłam chwilowo sama przy stoliku, bo Jake poszedł po kolejną porcję alkoholu, gdy zobaczyłam JEGO. Przeciskał się przez tłum w moją stronę i nie wyglądał na zadowolonego. Ale ja też nie byłam szczęśliwa. Chyba jednak nie mogę uciec od Conora, nawet jeśli bym chciała. Nie mam pojęcia, co tu robi, ale nie sądzę, żeby to był przypadek. A to jeszcze bardziej mnie rozzłościło.

- Możemy porozmawiać? - spytał nachylając się do mnie, żebym mogła go usłyszeć pomimo ogłuszającej muzyki wypełniającej pomieszczenie.

- Wypadałoby się chociaż przywitać, nie sądzisz? - powiedziałam ironicznie popijając resztkę swojego drinka. - Nie mam ochoty na rozmowy, jestem trochę zajęta, a ty psujesz mi zabawę.

- Kath, proszę, wyjdźmy na chwilę - poprosił spokojnym głosem i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć złapał mnie za rękę. Chciałam się wyrwać, ale, po pierwsze nie chciałam robić scen, po drugie tak dawno nie trzymał mnie za rękę, że nie miałam siły się temu przeciwstawić. Udało mi się złapać kontakt wzrokowy z Jakiem, który stał przy barze i kiwnęłam mu, że wychodzę na chwilę, a także uniosłam kciuk do góry dając znać, że jest ok i nie musi interweniować, co pewnie był gotowy zrobić, gdyby zobaczył, że coś jest nie tak.

Wyszliśmy tylnymi drzwiami przed budynek klubu, gdzie nie było nikogo oprócz nas. Nie było tutaj tak naprawdę nic, jedna ławeczka i płot ogradzający klub, nic więcej.
- Chciałeś porozmawiać. Więc mów - rzuciłam wyzywająco wyswobadzając rękę z jego uścisku i stając naprzeciwko niego, zaplatając ręce na piersi.

- Co ty robisz, Kath? Upijasz się? Naprawdę w taki sposób radzisz sobie z problemami? - spytał lekceważąco chłopak. - To nie jest najlepsze rozwiązanie, uwierz mi, próbowałem.

- Nie miałabym problemów, gdybyś dał mi trochę spokoju, tak jak prosiłam. Po co tu przyszedłeś, Conor?

- Bo chcę to naprawić. Myślę, że powinniśmy porozmawiać, jakoś to rozwiązać, a przynajmniej spróbować.

Zaśmiałam się gorzko. - Jakoś nie miałeś takich samych poglądów, gdy to ty byłeś na moim miejscu. Nie zachowałam się w porządku, wiem, ale zrobiłam to, o co mnie poprosiłeś, dałam ci czas i przestrzeń. Mógłbyś chociaż uszanować, że może potrzebuję tego samego. Powinieneś wiedzieć jak się czuję, przecież byłeś na moim miejscu, prawda? I nawet się nie waż zwalać tego na mnie! - krzyknęłam, gdy zobaczyłam, że otwiera buzię, żeby coś powiedzieć. - Tak, to ja popełniłam błąd jako pierwsza, ale kurwa, to był tylko pocałunek, w dodatku to on pocałował mnie, a ja tego nawet nie odwzajemniłam. I wiem, że postąpiłam źle okłamując cię i w ogóle, ale, do cholery, ty prawie się z kimś przespałeś!

- Byłem pijany, myślałem, że to ty! - wykrzyczał równie głośno Conor. Ogarnęła mnie furia, widziałam wszystko w czerwonych barwach, w dodatku byłam już dość pijana. Miałam dość trzymania wszystkiego w sobie, nie pokazywania swoich uczuć, bólu, byle tylko nie wyjść na słabą. Byłam rozbita na milion kawałków i w końcu się posypałam.

- To niczego nie usprawiedliwia! Wydawało ci się, że to ja, ale to nie byłam ja! To wciąż nie jest w porządku, to wciąż zdrada! Jak ja mam się czuć?! Powinnam być szczęśliwa, bo myślałeś, że to mnie całujesz i zaraz się ze mną prześpisz? Bo czuję się okropnie, Conor. Ja nie zrobiłam niczego złego, nie tym razem. Dałam ci wszystko, czego chciałeś, postępowałam tak, jak mnie o to prosiłeś, bo twierdziłeś, że tego właśnie potrzebujesz, żeby móc w ogóle spróbować naprawić nasz związek. Ale wiesz co? Prawie pójście do łóżka z inną dziewczyną nie jest próbą naprawienia związku! Zraniłeś mnie, Conor! Kurwa, skrzywdziłeś mnie. I wiem, że ja ciebie też, ale po tym, co się stało z Nickiem, ja też cierpiałam. Bo wiedziałam, że zraniłam ciebie, bo bałam się, że już nigdy mogę cię nie odzyskać. I to bolało. Ale o tym nie pomyślałeś, prawda? Po prostu wbiłeś mi kolejny jebany nóż w plecy. I wiesz co, kurwa? Mam tego dość. Jeśli nie potrafisz uszanować moich uczuć, dać mi odetchnąć, to chyba najlepiej będzie, jeśli po prostu to kurwa zakończymy! - Wybuchnęłam. Straciłam kontrolę, a tego zawsze bałam się najbardziej. Ale nie mogłam nic z tym zrobić, nie byłam w stanie powstrzymać słów wystrzelających z moich ust, ani ciężkiego oddechu, ani trzęsienia dłoni, ani serca bijącego jak dzwon.

- Nie myślisz tak - powiedział zimno Conor. - Jesteś pijana, Katty. Chodź, odwiozę cię do domu, prześpisz się, a rano porozmawiamy.

- Brawo, kurwa brawo! - roześmiałam się ironicznie klaskając w dłonie. - Tak, jestem pijana. Myślisz, że czemu mam odwagę z tobą rozmawiać nie bojąc się, że wybuchnę płaczem? Ale tak właśnie myślę. I przestań grać cholernego rycerza na białym koniu! Jakoś nie martwiłeś się o mnie, gdy prawie wyruchałeś Victorię! Więc albo zostaw mnie teraz w spokoju, albo oficjalnie to zakończmy. To wcale tak wiele nie zmieni, prawda? I tak nie jesteśmy parą od miesięcy. Rób co chcesz, ja na tę chwilę mam dość. Po prostu się odpierdol.

Obróciłam się na pięcie i nie oglądając się za siebie wróciłam do klubu. Nie chciałam, żeby Conor mnie zostawiał, nie chciałam tego kończyć, ale może tak byłoby lepiej. Nie miałabym odwagi powiedzieć tego na głos, gdybym nie była pijana.

Wciąż buzował we mnie gniew, więc gdy znalazłam Jake’a, który trzymał w ręku dwa drinki, wzięłam jeden, wypiłam do dna, sięgnęłam po drugi i zrobiłam to samo.

- Kat - zaczął Jake, ale mu przerwałam.

- Widziałeś gdzieś Maxa? - spytałam, bo widziałam chłopaka, gdy wychodziłam z Conorem na zewnątrz. Nie zdziwił mnie widok Maxa w klubie, bo jego częste imprezowanie jest czymś praktycznie naturalnym, o czym każdy doskonale wie. Jednak jestem pewna, że pojawienie się tutaj Maynarda to właśnie jego sprawa. Dopiero następnego dnia po wyznaniu prawdy Conora byłam w stanie odezwać się do kogokolwiek innego niż Sam. I oczywiście moim pierwszym wyborem był George, bo to on był drugim powiernikiem moich uczuć. Wybrałam się do domu, w którym wciąż jeszcze mieszkali razem i zwierzyłam się jemu i Jayowi. Max zareagował całkowicie nie tak, jak się spodziewałam i od początku twierdził, że powinnam znowu porozmawiać z Conorem i jakoś wyjść z tej sytuacji. Ale ponieważ był tam też Jay, który miał odmienne zdanie, George nie męczył mnie tak bardzo i po chwili odpuścił, chociaż wciąż nie popierał mojego zachowania.

- Nie. Ale Kath - spróbował delikatnie chłopak, ale dostrzegłam osobę, której szukałam, więc ruszyłam w tamtym kierunku. - Katherine! - krzyknął za mną Jake, ale nawet na niego nie spojrzałam. Max stał w towarzystwie trzech dziewczyn i jednego chłopaka, rozmawiali, ale nie zaprzątałam sobie tym głowy, stanęłam tuż przed nim, twarzą w twarz.

- Za kogo ty się kurwa masz?! Kto dał ci prawo mieszać się w moje prywatne życie?! Taki wspaniały z ciebie przyjaciel? Nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy! Jesteś taki mądry? Od kiedy jesteś specjalistą od związków? Nie potrafisz utrzymać przy sobie dziewczyny dłużej niż kilka dni, szczególnie poza sypialnią, więc chyba nie jesteś najlepszą osobą do udzielania porad w sprawie związków. Myślisz, że pomogłeś? Jedynie popsułeś mi nastrój, więc gratulacje, tylko tego dzisiaj potrzebowałam - wyrzuciłam z siebie wściekle. Byłam pewna, że to on zadzwonił do Conora i powiedział mu, że tu jestem i piję. Chłopak patrzył na mnie lekko zaskoczony, ale spokojny.

- Kath, jeśli chcecie to naprawić musicie szczerze rozmawiać. Nie zrobiłem niczego złego. Może gdybyś przyznała, że macie problem, nad którym powinniście popracować, to potoczyłoby się to trochę inaczej.

Zanim zdążyłam pomyśleć oraz zapanować nad swoimi emocjami, wyciągnęłam rękę i uderzyłam Maxa. Prosto w policzek. Chłopak był w lekkim szoku, ale nic nie powiedział ani nie zrobił.

- Przestań wpierdalać się w moje życie! - krzyknęłam i odeszłam.
- Kath! - Jake złapał mnie za nadgarstek, gdy przeciskałam się przez tłum ludzi. Trzymał mnie, więc musiałam się zatrzymać i obrócić w jego stronę.
- Co, Jake?! - krzyknęłam poirytowana. - Chcesz dać mi wykład? Powiedzieć, że zachowuję się okropnie i idiotycznie? Nie trudź się, doskonale to wiem, naprawdę. Ale mam dość. Po prostu nie mam już sił. Każdy udaje, że wie, co jest dla mnie dobre, ale jak mogą, skoro ja sama nie mam pojęcia? Chciałam się tylko upić, może trochę potańczyć, wrócić do domu i obudzić się jutro po południu z morderczym kacem. Czy to naprawdę tak dużo? - Zanim skończyłam swoją przemowę czułam łzy palące mnie w oczy, ale nawet nie miałam siły ich powstrzymać, zamiast tego mrugnęłam kilka razy pozwalając spłynąć im po moich policzkach.
Jake pokręcił głową i sięgnął dłonią do mojej twarzy ocierając gorące łzy. - Tak naprawdę to chciałem powiedzieć, że wymierzasz całkiem niezłe ciosy - zaśmiał się chłopak, a ja też nie mogłam powstrzymać się przed uśmiechem. - Jeśli chcesz się upić to będzie mój zaszczyt ci w tym pomóc, a potem upewnić się, że bezpiecznie dotrzesz do domu. Ale proponuję zmienić lokal, bo tu się zaczęła robić jakaś śmierdząca atmosfera, nieciekawe towarzystwo. 
Obdarzyłam chłopaka uśmiechem pełnym wdzięczności, chwyciłam go pod ramię i pozwoliłam wyprowadzić się z klubu. Jake był niesamowitym przyjacielem. Nie wie, co stało się pomiędzy mną a Conorem, ani razu z nim o tym nie rozmawiałam, a mimo wszystko jest przy mnie, pomaga mi, ale jednocześnie nie ocenia ani o nic nie pyta. Byłam mu wdzięczna za wszystko, co dla mnie robi, mam u niego wielki dług, który będę szczęśliwa pewnego dnia spłacić. Nieważne czy będzie chodziło o słuchanie jego narzekań na jakąś dziewczynę, pomaganie mu kogoś wyrwać, czy upicie się z nim, a bardziej jego i odstawienie go bezpiecznie do domu.


SAMANTHA

Wybierając numer miałam lekkie wyrzuty sumienia, bo poza sporadyczną wymianą wiadomości, praktycznie nie rozmawiałam z Chuckiem. Oczywiście tęskniłam za nim, jak za całą naszą paczką z Nowego Jorku, ale łatwo zatracić się w swoich własnych obowiązkach, przyjemnościach, a nawet codziennym życiu. Co nie znaczy, że zapominasz o dawnych przyjaciołach. Już dawno powinnam odezwać się do Chucka i wpaść na pomysł, który dopiero teraz przyszedł mi do głowy. Ale nigdy nie jest za późno na wyciągnięcie ręki i chociaż częściowe odbudowanie więzi. Każdy z nas poszedł jakby w swoją stronę, żyje własnym życiem, zajmuje się własnymi rzeczami, jednak zawsze znajdujemy sposób, żeby się wspierać, doceniać, gratulować sukcesów i pocieszać po porażkach. Nawet jeśli są to tylko wiadomości na internetowym komunikatorze. 
- No hej super gwiazdo! Już się martwiłem, że show biznes całkowicie cię pochłonął! - usłyszałam wesoły głos mojego przyjaciela zaledwie po dwóch sygnałach oczekiwania.
- Hej Chuck! Oczywiście, że nie! Poza tym, o dobrych przyjaciołach się nie zapomina.
Chłopak się roześmiał po drugiej stronie słuchawki. - Dobrze to słyszeć, Sam. Więc co tam słychać? Jakim wspaniałym czynnościom życia gwiazdy się dziś poddajesz? 
- Przykro mi psuć twoje piękne wyobrażenia, ale cały dzień nie wyszłam nawet z domu, a moje plany obejmują siedzenie na kanapie i oglądanie powtórek seriali, które ostatnio przegapiłam. Więc jak widzisz wcale tak wiele się nie zmieniło. - Chuck znowu się zaśmiał. - Ale może będziesz chciał sam się o tym przekonać? Jesteś cały czas w LA? - spytałam zdradzając prawdziwy powód wybrania jego numeru. 
- Tak, szkoła, trochę kastingów... Poza tym w LA zawsze jest co robić, nawet jak nie masz kompletnie nic do roboty. 
- Wc może znalazłbyś trochę czasu na małe zjednoczenie? Będziemy w LA za dwa dni, gramy tam dwa ostatnie koncerty i fajnie byłoby się spotkać, nadrobić trochę zaległości. A jeśli akurat miałbyś wolny wieczór wtedy, kiedy gramy jeden z koncertów, z przyjemnością dałybyśmy ci wejściówkę. A nawet kilka, żebyś mógł kogoś zabrać. Znaczy, my w sumie gramy tylko jakieś pół godziny, jesteśmy tylko początkującymi supportami, ale Ellie jest świetna, no i
- Sam - zaśmiał się chłopak przerywając mi. I dobrze, bo już zacł mi się słowotok. - Oczywiście, że z chęcią przyjdę na koncert. Dziękuję za zaproszenie, to bardzo miłe. Sprawdzę jeszcze daty i napiszę do ciebie, kiedy by mi bardziej pasowało, ok? 
- Jasne. Dzięki, to dużo znaczy, że chcesz przyjść. Wiem, że jestem całkowicie do dupy w utrzymywaniu kontaktu, gdyby Jason nie odzywałby się do mnie przynajmniej raz w tygodniu, chyba nie miałabym pojęcia co się u niego dzieje. Przepraszam za to - powiedziałam szczerze. Próbowałam nad tym pracować, gdy wyjechałam do Nowego Jorku, zostawiłam moich najlepszych przyjaciół w Birmingham, ale urwanie kontaktu z nimi to ostatnie, czego chciałam. Co nie znaczy, że dzwoniłam do nich codziennie. Czasami tak pochłaniały mnie inne sprawy, że potrafiłam nie odzywać się przez dwa tygodnie. Potem zalewała mnie fala wyrzutów sumienia i próbowałam to nadrobić długimi rozmowami na skypie, ale łatwo da się pochłonąć codziennemu życiu, co nie znaczy, że nie zależy nam na tych osobach. Ale często jest niewłaściwy moment na pogawędki, dla jednej bądź drugiej strony, szczególnie, gdy mieszka się na innych kontynentach, w innych strefach czasowych. Jednak Dan i Kim szybko się zorientowali, że to oni muszą zazwyczaj wychodzić z inicjatywą, ale nigdy nie byłam niezadowolona, gdy się odzywali, po prostu sama rzadko kiedy wyciągałam rękę jako pierwsza.
- Nie ma sprawy, Sam, naprawdę. Każdy jest zajęty, trochę pochłonięty swoim nowym życiem, a wy na pewno szczególnie. Szczerze mówiąc nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak bardzo szalone jest teraz wasze życie. To musi być jak jakaś pieprzona kolejka górska, trasa z Ellie Goulding, praca nad pierwszą płytą, wywiad tu, jutro tam, wieczorem występ tu, rano sesja w innym państwie... Czy coś takiego, nie znam się do końca na tych rzeczach. 
- Tak, trafiłeś całkiem nieźle. Na pewno jest dziwnie. Jakby ktoś mi powiedział rok temu, że tak będzie wyglądać moje życie praktycznie tuż po skończeniu szkoły, wyśmiałabym go prosto w twarz. W pewnych momentach sama nie mogę uwierzyć, że to moje życie... Jest szalone, zabiegane, czasami jak jakiś kocioł, a z tego, co słyszałam to będzie jeszcze bardziej zagmatwane. No ale czego się nie robi dla muzyki i marzeń. W każdym razie opowiemy ci więcej, jak się spotkamy. No i ty musisz nam wszystko powiedzieć! Słyszałam pewne plotki z drugiej ręki, które brzmiały dość intrygująco. 
- Nie mogę potwierdzić ani zaprzeczyć - zaśmiał się chłopak. - Okaże się, jak się spotkamy. Znajdziecie czas na jakiś wypad na drinka poza koncertem, mam nadzieję?
- Pewnie, że tak. Nie przepuściłybyśmy takiej okazji. To daj znać, kiedy wolisz przyjść i ile osób chcesz zabrać. I teraz już jesteśmy w kontakcie. 
- Jasne, do zobaczenia, Sam. Dzięki za telefon, zaproszenie i wszystko inne. 
- Cała przyjemność po mojej stronie, Chuck. Do zobaczenia niedługo.
Rozłączyłam się z uśmiechem na twarzy. Jak już się zebrałam i skontaktowałam z którymś z moich przyjaciół, zawsze kończyłam z lepszym humorem, ale jednocześnie tęsknotą w sercu, której nie mogłam się pozbyć dopóki ich nie zobaczyłam. Może właśnie dlatego jestem tak beznadziejna w utrzymywaniu kontaktu, bo nienawidzę tego uczucia pustki.


KATHERINE

Dziwnie było pukać do drzwi chłopaków, zbyt wiele razy po prostu wchodziłam do środka. Ale dzisiaj nie przyszłam, żeby tylko sobie posiedzieć i spędzić miło czas. Nawaliłam i teraz musiałam to naprawić. A przynajmniej przeprosić za swój błąd, spróbować chociaż odrobinę się wytłumaczyć. 
Drzwi otworzył mi Jay. Spojrzał na mnie zdziwiony, bo pukanie nie było naszą normą. 
- Cześć. Jest Max? - spytałam od razu. Wychodząc z domu minęłam się z Nathanem, który powiedział, że George właśnie wstał, oczywiście z kacem, więc zapewne nie będzie się nigdzie wybierał.
- Hej, tak, w kuchni. Wiesz, że mogłaś po prostu wejść, prawda? - Jay był zaskoczony moim zachowaniem, więc najwyraźniej jego kumpel nie pochwalił się małym zajściem jakie miało miejsce w nocy w klubie. 
- Wiem, wiem - powiedziałam i uśmiechnęłam się mijając go i kierując się do kuchni. Max siedział przy stole przed miską płatków z mlekiem i powoli przeglądał coś na telefonie, chociaż zupełnie się na tym nie skupiał. Gdy zobaczyłam fioletowawego sińca na jego policzku, uderzyło mnie jeszcze większe poczucie winy niż do tej pory. - Hej, możemy chwilę pogadać? - spytałam, bo chłopak nawet nie zauważył, że weszłam do pomieszczenia. Albo po prostu udawał, że mnie nie widzi, bo nie miał ochoty się ze mną spotykać. 
- Jasne - powiedział głosem wypranym z emocji. Odłożył telefon na stół, odsunął odrobię miskę z jedzeniem, oparł łokcie na stole i spojrzał na mnie. - Co tam? - spytał, jak gdyby nigdy nic. 
- Przepraszam cię za wczoraj. To nie było w porządku. Nie powinnam była robić sceny, wrzeszczeć na ciebie, a już na pewno nie powinnam cię uderzyć. - Przeszłam od razu do rzeczy. Stwierdziłam, że najlepiej od razu to z siebie wyrzucić i zakończyć sprawę. 
- Może trochę poniosły cię emocje, ale w sumie to trudno się dziwić. Zachowałem się jak dupek, Kath. Nie powinienem tego robić, nawet nie wiem, co sobie myślałem. Miałaś rację, nie jestem specem od związków, ale chyba dlatego to zrobiłem. To nie był najlepszy sposób, ale chciałem pomóc. Bo macie z Conorem coś wyjątkowego, oboje kochacie się nawzajem i dobrze o tym wiesz. Nie chciałem, żebyś tego zaprzepaściła, ale to nie było w porządku. Dużo już przeszłaś, wiem, ile kosztuje cię to wszystko emocji i nerwów, a ja tylko pogorszyłem sprawę. Po prostu nie chciałem, żebyś potem żałowała, że odpuściłaś. Bo ja też raz odpuściłem i wciąż tego żałuję, bo wypuściłem jedną z najwspanialszych kobiet na świecie, a teraz ona wychodzi za mąż. I dobrze, że znalazła szczęście, ale nie chciałbym, żebyś musiała patrzeć na szczęście ukochanego z inną osobą.
Max mnie zaskoczył. Miałam nadzieję, że mi wybaczy, może nawet powie, że nic wielkiego się nie stało, ale na pewno nie spodziewałam się, że to on przeprosi mnie. Owszem, nie powinien dzwonić do Conora, nie zachował się w porządku, szczególnie jako mój przyjaciel, ale to ja przekroczyłam granicę. 
- Nie powinnam tego mówić, wypominać ci nieudanych związków, to był cios poniżej pasa - przyznałam, bo to za to było mi najbardziej wstyd. Gdy wypowiadałam te słowa, doskonale wiedziałam, że to one uderzą go najbardziej. 
- Nie ma sprawy, naprawdę. To prawda, ty tylko wypowiedziałaś ja na głos. 
- Nie, ja ci rzuciłam nią w twarz. A tak nie zachowują się przyjaciele. A potem cię spoliczkowałam, fizycznie.
Max się zaśmiał. - Masz zadziwiająco dużo siły w rękach. Ale spoko, moim zdaniem ten siniak nadaje mi takiego wyglądu twardziela, co myślisz? 
Tym razem to ja się zaśmiałam. Przymrużyłam oczy i przekręciłam głowę w żartach. - Tak, może coś w tym jest - przyznałam. - A więc między nami wszystko ok? - upewniłam się. 
- Tak. I obiecuję, że od teraz nie będę oceniał, wtrącał się, ani robił innych głupich rzeczy. No a przynajmniej się postaram. 
- A ja obiecuję, że więcej cię nie spoliczkuję. No przynajmniej się postaram - zaśmiałam się na koniec. Max wstał ze swojego miejsca, podszedł do mnie i zgarnął w mocny uścisk. Chłopak raczej nie był typem przytulańca, jeśli chodzi o uściski to zawsze najbardziej można liczyć na Jaya, ale teraz sam wyszedł z inicjatywą. I było miło, przyjacielsko, żadnych zranionych uczuć. Dobrze wiedzieć, że mimo małych potknięć i sprzeczek, wciąż mam w nim oparcie. Bo teraz potrzebuję go bardziej niż kiedykolwiek. 
- Jak się sprawy mają między tobą a Conorem? Wczoraj byłaś mega wkurzona, więc raczej nie poszło za dobrze... - odezwał się Max. Tym razem nie było w tym żadnej zgryzoty, jeśli już to poczucie winy. - A tak w ogóle to miałem zamiar wybrać się do ciebie niedługo i cię przeprosić, bo to ja powinienem pierwszy wyciągnąć rękę. 
- Ważne, że sobie wyjaśniliśmy, nie ma znaczenia, kto pierwszy się odezwał. A co do Conora... Pokłóciliśmy się, ja trochę wybuchłam, generalnie nie wyglądało to dobrze. Byłam już dość pijana i chyba coś we mnie pękło. Powiedziałam mu dużo prawdy, która siedziała we mnie ukryta dość głęboko, wyrzuciłam z siebie trochę żalu, rozgoryczenia i złości, ale wcale nie czuję się z tym lepiej. Wręcz odwrotnie, mam wrażenie, że tylko pogorszyłam sprawę. Nie mam pojęcia co powinnam zrobić, jak to naprawić... Ale musimy przynajmniej przestać jeszcze bardziej psuć naszą relację, oboje, bo nie tylko ja jestem tu winna - wytłumaczyłam. Czułam się naprawdę źle z tym, co powiedziałam wczoraj Conorowi, nawet jeśli trochę na to zasłużył, ale nie na wszystko. Było mi wstyd, że aż tak dałam ponieść się emocjom. 
Max pokiwał głową. - Mam nadzieję, że jakoś to rozwiążecie i wszystko się ułoży, naprawdę. Zawsze możesz ze mną pogadać i na mnie liczyć, na prawdę tym razem, bez różnicy co się między wami wydarzy, czy się pogodzicie, czy zerwiecie... Będę służył moim przyjacielskim ramieniem. 
-Dziękuję - uśmiechnęłam i wykorzystując okazję jeszcze raz mocno przytuliłam się do chłopaka.


SAMANTHA

- Myślałem, że nikt nie pakuje się gorzej ode mnie - zaśmiał się Nathan. Rozłożył się na moim łóżku podparty o poduszki i zagłówek. Oczywiście zamiast chociaż próbować mi pomóc, on wolał leżeć i podążać za mną wzrokiem, gdy zbierałam ubrania i inne rzeczy po całym swoim pokoju zastanawiając się co powinnam złożyć albo po prostu wrzucić do walizki na wyjazd do LA.
- Ja przynajmniej staram się składać ubrania, a nie zwijać wszystko i upychać w walizce! - zaprotestowałam, bo właśnie taką metodą pakuje się mój chłopak.
- Ale tak samo odkładamy wszystko na ostatnią chwilę. Masz samolot za jakieś pięć godzin.
Przerwałam próbę odkopania mojej ulubionej bluzki z otchłani, jaką jest moja szafa, żeby zmrozić go wzrokiem. Oczywiście miał rację, ale nie musiał mi o tym przypominać. On tylko wzruszył ramionami, zupełnie nie ruszony moim morderczym spojrzeniem.
Westchnęłam i wróciłam do swojego zajęcia. - Jutro wracasz do domu, prawda? Wolałabym, żebyś nie jechał sam w nocy.
- Awww, martwisz się o mnie - Nathan otrzymał właśnie kolejne mordercze spojrzenie, ale tylko się roześmiał. - Myślałem, żeby pojechać dzisiaj wieczorem, ale wtedy dojadę w nocy, a nie chcę budzić mamy ani nikogo, więc wyjadę jutro rano.
- Czyli po południu - skwitowałam, bo Sykes z całą pewnością nie jest poranną osobą.
- Tak, pewnie tak. Aczkolwiek wszystkie rzeczy już wyniosłem z domu, została mi jedynie torba, z którą wracam do domu, więc jutro muszę tylko wstać, ubrać się, wziąć tę właśnie torbę i mogę jechać.
- Właśnie! - obróciłam się z wieszakiem w ręku, bo coś mi się przypomniało. - Chciałam powiedzieć, że jak wrócisz do Londynu to nie musisz wpraszać się na kanapę jakiegoś kolegi. Przecież możesz zostać tutaj, zanim nie znajdziesz mieszkania, które by ci pasowało - zaproponowałam. Nie wiem, czemu nie pomyślałam o tym od razu, ale pewnego wieczoru właśnie mnie oświetliło. To nie tak, że nigdy nie spędzaliśmy całych dni razem, przecież mieszkałyśmy w ich domu przez jakiś czas.
- Jesteś pewna? Kath nie ma nic przeciwko? To żaden problem, zwalę się do Conora czy coś.
- Nie musisz, naprawdę możesz zostać tutaj. Weź ten klucz do naszego, co zawsze był u was i po prostu wejdź, kiedy będziesz potrzebował. Nawet jak wrócisz z Gloucester, a nas jeszcze nie będzie to przyjedź tu i normalnie mieszkaj, ok? Czuj się jak u siebie.
- Ok. Ale jedziecie tylko na ile? 5 dni? - upewnił się Nathan.
- Tak, coś takiego. - Taki był plan. Ale plany czasami mogą ulec zmianie. Z tego, co mi wiadomo, Amy wciąż kombinuje, żeby załatwić nam jak najwięcej akcji promocyjnej, skoro i tak będziemy już w LA. Dlatego też lecimy wcześniej, pierwsze dwa dni robimy promo, a koncert z Ellie gramy dopiero trzeciego dnia pobytu tam, a ostatni piątego dnia. Teoretycznie powinnyśmy wracać następnego dnia rano, ale jak będzie to się okaże.
- Ok, chyba skończyłam - oznajmiłam wkładając kilka ostatnich koszulek i trampki do walizki. Nathan obdarzył mnie szerokim uśmiechem, zeskoczył z łóżka (prawie się przy tym zabijając, bo nogi trochę zaplątały mu się w kocu, na którym leżał), podszedł od mnie i cmoknął w usta.
Było to nasze ostatnie kilka godzin razem na jakiś tydzień, a my zamiast robić coś romantycznego leżeliśmy na kanapie i oglądaliśmy "Słodki biznes". Ale to była nasza normalność, to, co lubiliśmy najbardziej. Proste chwile spędzone razem zawsze są najlepsze.
- Chyba powinnam iść się trochę ogarnąć, Amy mnie zabije, jak nie będę gotowa, gdy Adam po nas przyjedzie - odezwałam się, gdy skończył się któryś z kolei odcinek. Obróciłam głowę, żeby spojrzeć na Nathana, który na moje słowa trochę się spiął i mocniej zacisnął rękę, którą obejmował mnie w pasie.
- Mam już sobie iść? - zapytał ciszej niż zwykle, nie patrząc na mnie. Przekręciłam się w jego objęciu, żeby być bardziej przodem do niego, ale on unikał mojego wzroku, więc kładąc dłoń na jego policzku zmusiłam go do obrócenia głowy w moją stronę, wtedy już nie miał wyjścia i spojrzał na mnie. W jego oczach kryło się coś dziwnego, coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam na jego twarzy. Nie chodziło o zmartwienie, bo to było wymalowane na jego twarzy więcej razy, niż zapewne powinno być. Ale jakąś taką jakby tęsknotę. A może nawet strach i zagubienie.
- Czemu zadajesz takie głupie pytania? - odezwałam się próbując chociaż trochę rozluźnić atmosferę, która nagle stała się napięta jak struna. - Myślałam, że zostaniesz tu, aż przyjedzie po nas Adam.
- Oczywiście, że zostanę - powiedział po chwili Nathan próbując się lekko uśmiechnąć. Zbliżyłam się do niego, złożyłam krótki pocałunek na jego ustach, po czym podniosłam się z kanapy i udałam do swojego pokoju, bo naprawdę musiałam trochę się ogarnąć przed wyjazdem, na nowo związać włosy, chociaż trochę się umalować i definitywnie się przebrać.
Nathan do mnie nie dołączył, gdy wyszłam z powrotem do salonu, tym razem już w dżinsach, a nie rozciągniętych dresach, i ze świeżo związanymi w kucyk włosami, stał oparty o kanapę. Wydawał się zafascynowany swoimi dłońmi, kręcił palcami i wyglądał na bardzo niespokojnego. Gdy podniósł wzrok i zobaczył, że stoję przed nim, odepchnął się od kanapy, więc stał jeszcze bliżej mnie i bez słowa zamknął mnie w uścisku.
Nie powiedział ani słowa, ale przyciskał mnie do siebie tak mocno, jakbym miała zniknąć, gdy tylko mnie puści. Jakimś cudem udało mi się wyciągnąć ręce, które były uwięzione pomiędzy naszymi ciałami i oplotłam jego szyję, a on wplótł palce w moje włosy, długą ręką wciąż mocno przyciskając do siebie moją talię. Jego głowa była schowana w mojej szyi i włosach opadających mi z ramienia. Jego nos i gorący oddech łaskotał mnie niemiłosiernie, ale ignorowałam to, bo było coś tak desperackiego, a jednocześnie pięknego w tej chwili, że nie chciałam tego przerywać.
- Zachowuję się jak irracjonalny głupek - przyznał Sykes, jego słowa ledwie zrozumiałe, bo nie odsunął się ani na centymetr ode mnie, więc głos zatonął trochę w mojej szyi i włosach. - To głupie, bo wyjeżdżasz tylko na kilka dni i w ogóle nie powinienem się tak czuć, bo przecież to nie jest żadna nowa, zbyt wiele razy się żegnałem z bliskimi, żeby nawet to zliczyć. Ale nic nie mogę na to poradzić. Jeszcze nawet nie wyjechałaś, a ja już za tobą tęsknię.
Przeczesałam palcami włosy Nathana, bo wiem, że to go uspokaja. Może nie jest teraz zły ani zdenerwowany, ale widocznie jest smutny. I ja też. Takie wyjazdy są bardzo słodko-gorzkie.
- Wszystko w porządku, Nath. Ja też będę tęsknić. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do pożegnań, ale to część życia, nawet jeśli nie wyjeżdżasz na trasy koncertowe czy promocyjne. Ale zleci szybciej niż myślisz. Poza tym jedziesz do domu, nawet nie zauważysz mojej nieobecności.
Ja też nienawidzę pożegnań. Zawsze mam wrażenie, jakbym traciła jakąś cząstkę swojego życia. Nawet nie chodzi o to, że boję się, że jak się znowu spotkamy wszystko będzie inaczej, a może nawet nie będzie do czego wracać. Ale nie lubię zostawiać za sobą ludzi, bo wiem, że będą żyć dalej, beze mnie. Możemy rozmawiać kilka razy w tygodniu, przez telefon, skype, wysyłać sobie zdjęcia naszego jedzenia, łóżka, przechodniów, autobusów, czy innych głupich rzeczy, ale to nigdy nie zastąpi bycia obok.


KATHERINE

Sprawa z Maxem rozwiązała się zaskakująco szybko i bezboleśnie, ale wiedziałam, że z Conorem nie pójdzie tak gładko. Ale nie mogłam tak po prostu wyjechać i zostawić za sobą taki okropny bałagan, w jakim się teraz znajdujemy. Zadzwoniłam więc dzwonkiem do drzwi jego mieszkania i czekałam aż otworzy, jednocześnie próbując ułożyć w głowie zdania, które nie będą brzmiały jak bezsensowne emocjonalne bredzenie. 
- Katty - odezwał się Conor, gdy otworzył drzwi i zobaczył mnie stojącą na progu. Na jego twarzy widać było zaskoczenie moją obecnością. - Myślałem, że dzisiaj lecicie do LA.
- Tak, wyjeżdżamy za jakąś godzinę. Ale najpierw chciałam z tobą porozmawiać. Mogę wejść?
- Jasne, tak, tak - chłopak przesunął się wpuszczając mnie do mieszkania i zamykając za nami drzwi. - Przepraszam, po prostu nie spodziewałem się ciebie, szczególnie nie po wczorajszym, raczej dałaś mi zrozumieć, że nie chcesz mnie widzieć - wytłumaczył swoje mało gościnne zachowanie Conor.
- Wiem. I przepraszam za wczoraj, byłam pijana i trochę mnie poniosło, nie powinnam była tak na ciebie naskakiwać. - Przeszłam od razu do rzeczy, bo nie było sensu czekać nie wiadomo na co. - I wiem, że chcesz to naprawić, ale ja potrzebuję czasu. Nie chodzi o to, że nie mogę na ciebie patrzeć, ani ci wybaczyć, nie na tym polega problem, chociaż jestem zraniona przez całą tą sytuację. Ale chodzi tu głównie o mnie, mam wrażenie, że nie wiem już nawet kim jestem, jakim jestem człowiekiem. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, czuję jakbym w tym całym bałaganie zagubiła gdzieś siebie samą. Myślę, że obojgu nam się to przytrafiło. Słyszałam, że od jakiegoś czasu nic nie nagrywasz, nie piszesz, nawet nie śpiewasz nic nowego, w ogóle poza sceną... W dodatku wiem też, że odciąłeś się od Joey'a i kilku innych znajomych. Nie mówię, że to akurat coś złego, ale chyba nie zaprzeczysz, że wiele rzeczy jest nie w porządku i nie wszystko ma coś wspólnego z nami. Pogubiliśmy się i to nie tylko w naszym związku, ale ogólnie w życiu. 
- Więc odnajdźmy się nawzajem, razem - zaproponował od razu Conor wyciągając rękę, żeby mnie dotknąć, ale zrobiłam krok do tyłu unikając kontaktu.- Zacznijmy od nowa, Katty.

- Właśnie o to chodzi, musimy to zrobić sami. Musimy wiedzieć kim jesteśmy, co czujemy, czego chcemy, żeby chociaż spróbować naprawić naszą relację. Teraz... Nic w nas nie wydaje się właściwe. - Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. Tym razem patrzyłam Conorowi prosto w oczy, bo wiedziałam, że popełniam właściwą decyzję. Nie uciekam, nie żyję w zaprzeczeniu, chcę to naprawić. Ale najpierw muszę naprawić siebie. - Musimy odnaleźć samych siebie zanim na nowo odnajdziemy siebie na wzajem. Zaraz wylatuję do LA i myślę, że powinniśmy robić to, co wydaje nam się właściwe. A jak dojdziemy ze sobą do ładu, będziemy mogli spróbować to naprawić i układać od nowa. 
Conor przełknął wyraźnie ślinę i spuścił wzrok. Jemu nie podobał się ten pomysł, ale ja wiem, że to jedyne wyjście, nasza jedyna szansa. Bo jeśli teraz będziemy starali się wrócić do siebie to prędzej czy później dojdziemy do momentu, gdy wszystko się posypie. Nawet jeśli udałoby nam się jakoś zacząć znowu być razem, to ja chcę czegoś więcej, muszę wiedzieć kim jestem poza moim związkiem, sama dla siebie, a nie tylko dla ukochanej osoby. 
- Wiec chcesz się rozstać, definitywnie? - spytał odchrząkając. Wiedziałam, że pewnie w gardle ma taką samą gulę jak ja, która sprawia, że mówienie jest trudniejsze niż normalnie. 
- Nie wiem. Jeśli to zrobimy to pewnie rozpęta się małe piekło, poza tym po coś ukrywamy to wszystko i mówimy, że wciąż jesteśmy szczęśliwą parą, bo nie chcemy być tymi, którzy co chwila się rozchodzą i schodzą ponownie. Ale nie chcę, żebyśmy powstrzymywali siebie nawzajem, bo w ten sposób nie uda nam się dojść do siebie. Więc rób, co uważasz za stosowne, nie zastanawiaj się, jak mogłabym się poczuć, gdybym się dowiedziała, bo nie będę miała ci tego za złe. To nie znaczy, że pójdę z kimś do łóżka, jak tylko wyląduję w LA. Ale nie wiem, co się wydarzy i nie chcę ci niczego obiecywać. I chcę, żeby to działało w obie strony. 
- Myślisz, że to się uda? Że za jakiś czas będziemy mieli do czego wracać jeśli chodzi o nas? - spytał niepewnie Conor po chwili ciszy. 
- Wiem, że cię kocham - powiedziałam bez zastanowienia. - Nie minęło to przez cały ten czas i naprawdę nie sądzę, żeby minęło kiedykolwiek, a na pewno nie w najbliższej przyszłości. Ale nie chcę być ciągle tą nieszczęśliwie zakochaną, której uczucie sprawia tylko ból, bo nie ma pojęcia co robić, gdy jej druga połówki nie ma gdzieś obok, albo się nie odzywa. Więc albo spróbujemy odpocząć od siebie i wykorzystać ten czas na pogodzenie się z samym sobą, albo wkrótce nie będziemy mieli czego próbować naprawiać.
- Dobrze - zgodził się Conor kiwając głową. - Więc zróbmy to, spróbujmy. - Chłopak wciąż nie wyglądał na przekonanego, ale zaufał mi. I to znaczyło więcej niż tysiąc słów. - Więc baw się dobrze w LA. Ale też uważaj na siebie - powiedział, gdy zrobiłam krok w stronę drzwi. Uśmiechnęłam się i całkowicie bez przemyślenia sytuacji zniszczyłam dystans między nami i oplotłam ramionami jego talię. Conor przez sekundę stał jak wryty, ale w końcu objął mnie, chociaż znacznie lżej niż ja jego. Dobrze było znowu poczuć ciepło jego skóry, zapach płynu do płukania na jego ubraniach, a najbardziej te silne ramiona trzymające mnie, nawet jeśli nie tak mocno, jakbym chciała. 
Nie wiem, ile czasu minęło, gdy w końcu go puściłam, ale żadne z nas nic nie powiedziało. Wymieniliśmy się tylko nieśmiałymi uśmiechami, a potem zniknęłam za drzwi. Na korytarzu sięgnęłam dłonią do policzków, żeby je otrzeć, ale ku mojemu zdziwieniu, były suche.


Miesiąc! Tym razem nie pół roku! :)
Ale niestety kolejny może pojawić się dopiero po maturze, bo to na tym powinnam się skupić, no ale zobaczymy. 
W każdym razie... dużo się wydarzyło. Dlatego też czekam na wasze komentarze i opinie bardziej niż kiedykolwiek! Mam nadzieję, że was nie zawiodłam i dacie znać, czy się podoba i jak wrażenia.
Do zobaczenia (mam nadzieję niedługo), buziaki, xx